Poślę dziewczynie ...

25-06-2013
Wspomnienie o Bożence Żbikowskiej-Sobieraj

„Poślę dziewczynie torbę pomarańcz.” 

Poślę dziewczynie torbę pomarańcz,
Niechaj ich piękne, kuliste głowy
W jej drobnych dłoniach radośnie tańczą
Taniec ogniście pomarańczowy
Na na na na naj
Na na na na naj...

To było na akademii szkolnej. Nie mam pojęcia z jakiej okazji. Na gitarze grał Jasiu Dzierżek i Mirek Czuliński. My z Bożeńcią z wielkim zaangażowaniem wyśpiewywałyśmy słowa ballady Wojtka Bellona z Wolnej Grupy Bukowina. A w refrenie wyłyśmy „na na na na na”. Dość wysokim tonem. Czułam, że już ledwo daję radę. Bożence zdecydowanie lepiej „szło”. Tak jak wszystko inne. Zawsze była perfekcyjna w tym, co robiła. Byłyśmy dumne z naszego pierwszego wspólnego występu. Publiczność biła brawo. Inne dziewczyny trochę nam chyba zazdrościły. Scena, dwaj towarzyszący nam gitarzyści też bardzo przystojni. To był jedyny pokaz naszych wspólnych możliwości. Po latach, śmiejąc się z tej historii, zastanawiałyśmy się z Buczynką czy czasem nie straciłyśmy „swoich pięciu minut”. Tę piosenkę Bożenka przywiozła z Bieszczad. Tak jak wiele wspaniałych opowieści, które z wielkim zaangażowaniem przekazywała nam na ławce pod lipą po każdym powrocie z wakacji, gdzie odbywała się sławna harcerska Akcja Bieszczady. W tej dziedzinie też była najlepsza, najwyższa z nas stopniem instruktorskim. Harcmistrz Bożena Żbikowska-Buka. To cudowne zdrobnienie imienia na zawsze połączy Ją z ukochanymi połoninami i bukowymi lasami pokrywającymi zbocza Bieszczadów.

Po latach spotkałyśmy się w Krakowie. Na Sienkiewicza. Ja studiowałam na AGH, a Bożena właśnie przeniosła się na Krakowską Akademię Sztuk Pięknych z Torunia. Nie chciałam wierzyć, że ta piękna, wszechstronnie uzdolniona dziewczyna zrezygnowała z bardzo prestiżowych studiów na wydziale matematyki Uniwersytetu Warszawskiego i rozpoczęła naukę na Wydziale Konserwacji Zabytków. Była bardzo szczęśliwa. Spełniały się jej marzenia. Pamiętam nasze częste spotkania w jej artystycznym, pachnącym terpentyną mieszkanku. Tysiące kolorowych słoiczków z farbami, poustawianych równiuteńko na szerokich półkach. Blejtramy, obrazy już ukończone, inne dopiero rozpoczęte, rzeźby i piękne pędzle w cudownych dzbanach. Półki do samego sufitu. Ogromny stół kreślarski. I antresola. To tutaj, w jej mieszkaniu - pracowni, spotkania przyjaciół przeciągały się do późnych godzin nocnych.

To u niej pierwszy raz usłyszałam Chrisa de Burgha i piękną balladę Dona McLeana o Vincencie van Goghu towarzyszącą długim rozmowom o studiach, życiu, sztuce i problemach.

Buczynko,

Widzę Cię zawsze taką naturalnie piękną, dobrą, pełną empatii, starającą się rozwiązywać problemy wszystkich wokół. Pamiętam iskierki w Twoich oczach gdy mówiłaś o swojej pracy. Do dzisiaj słyszę Twój śmiech gdy czytałaś nam „Satyrę na Bożą krówkę” i uczyłaś kochać Gałczyńskiego. 

I tak chcę Cię pamiętać i nie przestawać podziwiać.

Poślę dziewczynie na liściach buka
Promienie słońca i wiatru zapach
Choć długo będę po górach szukał
Naniosę wreszcie je na liście mapy.

Marzena Pytlak-Pierścionek